O czym zwykle nie piszę

Zupełnie bezinteresownie – bo You Tube i tak ten film zdemonetyzował, bez sprawdzenia, po prostu na mocy komunikatu „próba weryfikacji nie powiodła się” (tak się niestety pracuje z molochem i quasi-monopolistą) – polecam mój dzisiejszy filmik o pajacowaniu sędziego Safjana, który „boi się przyjechać na wakacje do Polski” i wyznaje, że w TSUE pytają, czy nie potrzebuje ochrony. A wszystko to dlatego, że został poddany krytyce prasowej i znalazł się na okładce „Gazety Polskiej”. Aha, i jeszcze dlatego, że dostał parę anonimowych mejli, sugerujących mu, żeby się wynosił z Polski i grożących „obiciem mordy”.

Osobiście takimi pogróżkami mogę tapetować codziennie miskę klozetową, a w chwilach, gdy lewicowo-liberalna opozycja doznaje wzmożenia, przychodzi takiego gówna na kilogramy. No i co? Mój adres, wraz ze szczegółami takimi jak numer kodu do domofonu, wygląd okien etc. podawany był w sieci przez zwołujących się do najścia na mnie bojówkarzy lewicy. Co prawda, po ujawnieniu ich personaliów (stojący za akcją homol, który tu kiedyś mieszkał, nie wiedział, że we wspomnianym kodzie zawiera się numer wynajmowanego przez niego mieszkania) skończyło się na nabazgraniu pod moim oknem i w okolicy obelżywych napisów, które musiał potem zamalowywać biedny gospodarz domu na koszt spółdzielni. O pogróżkach i bluzgach wrzucanych mi do skrzynki pocztowej czy atakach na samochód nie wspomnę.

Nie zwykłem o tym mówić ani pisać, bo miałbym się za dupka, gdybym próbował epatować czytelników i nabijać sobie popularkę, jaki to jestem prześladowany. Nienawiść, szczególnie w dającym złudzenie anonimowości internecie, ściga w Polsce każdą osobę publiczną – co dopiero pisarza, który za cel życia postawił sobie walkę z podłością i na miarę swych sił stara się ją demaskować. Nie narzekam na uznanie, jakie mi to przyniosło, ale sukces ma także swoją drugą stronę. Jedni kochają i cenią, drudzy nienawidzą i roją o „obiciu mordy”, taki już mój „dżob”.

Niemniej, to, co wyrabia  w tej chwili liberalna lewica, szczególnie od powrotu Tuska, a czego pajacowanie „niezależnego trybunału konstytucyjnego” i Marka Safjana jest tylko drobnym wycinkiem, każe mi na chwilę odrzucić dotychczasową powściągliwość.

Propaganda opozycji rozwinęła cały histeryczny dyskurs rzekomego zagrożenia, oparty na cynicznym kłamstwie o śmierci Pawłą Adamowicza. Ta śmierć, jak wielokrotnie wyjaśniano, nie była wypadkiem podobnym do zbrodni Ryszarda Cyby, byłego członka PO i politycznego fanatyka, który „chciał zabić Kaczyńskiego, ale miał nóż za mały”, więc zamordował przypadkowego „pisowca”. Śmierć Adamowicza nie miała nic wspólnego z polityką ani z ujawnianiem jego ogromnego, nie dającego się uczciwie wyjaśnić majątku – wbrew legendzie zresztą demaskowały jego nadużycia nie media „pisowskie”, ale, widząc w nim zdrajcę występującego przeciwko PO,  właśnie lewicowo-liberalne. Zaatakował go psychopata i pospolity bandyta, który z jakichś sobie znanych powodów uznał, że to właśnie prezydent Gdańska winien jest temu, że wtrącono go do więzienia. Pośrednio była ta śmierć skutkiem niefrasobliwości Jerzego Owsiaka (przez którego na imprezie nie było właściwego zabezpieczenia medycznego i ochrony), propagandy PO, które dla poniżania Jarosława Kaczyńskiego wmawiała, że ochrona to u polityka bizantyjski przepych i odgradzanie się od społeczeństwa (przez co Adamowicz nie miał przy sobie bodaj jednego bodygarda) oraz nieudolności policji, która nic nie zrobiła z ostrzeżeniami matki mordercy, że jej syn obsesyjnie pragnie zamordować kogoś ważnego.

PO, uznawszy cynicznie, że musi mieć „swój Smoleńsk”, po fiasku wykreowania kultu Piotra Szczęsnego, stworzyła kłamstwo o zamordowaniu Adamowicza przez „pisowskiego fanatyka”, jakoby w następstwie „kampanii nienawiści w pisowskich mediach” – i kłamstwo to wciąż upowszechnia, powtarzając je w nieskończoność w swoich mediach. Co więcej, buduje na nim paranoiczne poczucie zagrożenia, mające cementować jej fanatycznych zwolenników i zawczasu zabić w nich ewentualne wyrzuty sumienia, jakiekolwiek brudne chwyty miały zostać zastosowane w walce z PiS. Od kilku tygodniu nieustannie wyrażana jest w lewico-liberalnych mediach obawa, że Tuskowi, jako obiektowi ataków „Wiadomości TVP” grozi śmierć, że powinien nosić kamizelkę kuloodporną, że pisowscy fanatycy ostrzą noże do krwawej rozprawy z „elitami” etc.

Trudno w cywilizowanych słowach wyrazić bezmiar obłudy i cynizmu opozycji, która rozpętuje histerię wokół „zagrożenia życia” prof. Safjana dlatego tylko, że „Gazeta Polska” wytknęła mu, iż jego ojciec był, delikatnie mówiąc, wyjątkową mendą. Można to nazywać złym dziennikarstwem, można mówić o brudnych chwytach propagandowych – można też śmiać się z bombastycznego, pełnego nadętych fraz oświadczenia „sędziów niezależnego trybunału konstytucyjnego”. Ale co to ma wspólnego z zagrożeniem życia, koniecznością ochrony?

Tę paranoiczną atmosferę zagrożenia wśród swych wyznawców tworzą politycy i propagandyści, którzy stworzyli i finansują jeden z najobrzydliwszych internetowych ścieków, „sok z buraka”, i liczne farmy trolli. Ludzie, którzy swego czasu wykreowali Palikota i Niesiołowskiego, stworzyli cała filozofię „walenia w klatkę z małpą”, zbudowali profesjonalny „przemysł pogardy” do „zniszczenia godnościowych podstaw prezydentury Lecha Kaczyńskiego”. A po podwójnej wyborczej przegranej w roku 2015 zatracili ostatnie hamulce przyzwoitości.

Przypominam haniebną publikację „Polityki”, gdzie Jacek Żakowski wynalazł jakiegoś dupka z amerykańskiej fundacji, który wzywał, by wobec zwolenników legalnie wybranego rządu stosować „naming and shaming”, to znaczy atakować nieustannie ich i członków ich rodzin (!) w miejscu pracy, nauki i zamieszkania. Te teoretyczne wskazania rozwijali praktycy z KOD, wzywający, by „żaden pisowiec nie mógł swobodnie poruszać się po kraju ani wyjść z domu”. To właśnie w imię „namingu i shamingu” wymyślonego przez bojówkarzy w białych rękawiczkach od red. Baczyńskiego Marta Lempart i inne działaczki „Strajku Kobiet” podawały publicznie prywatne adresy sędziów Trybunału Konstytucyjnego i działaczy pro life, wzywając, by tam iść, atakować ich w domach – „mój” pedzio tylko czerpał wzorce z medialnego, lewicowo-liberalnego mainstreamu. A chórki profesorów i innych „autorytetów” zachwycały się rewolucyjną ekspresją haseł „jebać” i „wypierdalać” i gasiły ewentulne odruchy sprzeciwu stwierdzeniem, że „z nimi nie można grzecznie”.

Lewicowo-liberalne salony zachwycają się polityczną przemocą, wulgarnością i agresją z lubością impotenta, kibicującego dla kompensacyjnej radości gwałcicielom. Nierzadko same celowo fabrykują kłamstwa, by dostarczyć pretekstu do agresji. Nie jestem w stanie zliczyć takich kłamstw, jakie wyprodukowano w lewicowych i liberalnych mediach tylko na mój temat, rzekomych cytatów, spreparowanych fotoszopem i wrzucanych do sieci jako niby-moje wpisy w mediach społecznościowych, czy kompletnie wyssanych z palca, szeroko kolportowanych oszczerstw o rzekomych żartach z holocaustu czy jego negowaniu, wyśmiewaniu czyjejś choroby, pochwalaniu gwałtów etc. Gdy swego czasu lewackie bojówki próbowały zastraszyć organizatorów Targów Książki w Krakowie, zapowiadając w anonimach, że rozbiją imprezę, jeśli nie zostanie wycofane zaproszenie dla mnie, Pawła Lisickiego i Piotra Zychowicza, na czele tej akcji stanął pracownik naukowy wydziału filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. A gdy poinformowałem o tym fakcie rektora, cały wydział – poza jednym sprawiedliwym – wyraził specjalną uchwałą solidarność z politycznym fanatykiem, kreując go oczywiście na ofiarę „prawicowych szykan”.

Cała akcja skończyła się groteskowo, bo mój i Pawła wydawca ma jaja i o rezygnacji z udziału w targach nie chciał nawet słyszeć (ale już wydawca Zychowicza spękał) a  organizatorzy wynajęli dodatkową ochronę – jak się okazało, niepotrzebnie, bo pogróżki podopiecznych pana doktora z UJ były czymś w rodzaju anonimowych telefonów o podłożeniu bomby, ostatecznie cała „akcja bezpośrednia” okazała się grupką mocno zdezorientowanych „julek” nie bardzo potrafiących wyartykułować, przeciwko czemu właściwie przyszły protestować.

Podobnie groteskowo skończyła się próba zablokowania druku i sprzedaży mojej książki „Cham niezbuntowanych”, podjęta przez lewicę, jak zwykle szermującą oszczerstwami, przed jej publikacją. Ale gdyby w prokuraturze zamiast „pisowca” siedział wtedy nominat lewicowo-liberalnej opozycji, i na donosy oraz „Otwartej Rzeczpospolitej” i stowarzyszenia „Nigdy więcej”, wsparte medialną nagonką Agory i RASP, zareagował życzliwie, mogłoby się przecież udać. Taka jest mentalność liberalnych zamordystów – cenzorska agresja, oszczerstwa, judzenie do fizycznych napaści, a przy tym wszystkim obłudne lamenty, że to oni są tu prześladowani i atakowani.

A teraz całe to obłudne stado, wypełniające salony, wyższe uczelnie i redakcje, podnosi wrzask, że życie Tuska, Safjana czy innych jest zagrożone, że skoro ich krytykują, to zamierzają zaraz zamordować jak Adamowicza i trzeba ich bronić. Jak? Zapewne zaraz zaczną „Polityka” albo „Gazeta Wyborcza” podawać adresy, gdzie trzeba w ramach tej obrony iść, kogo pobić i kogo podpalić, ramię w ramię z hołubionymi przez nich bandziorami z tzw. antify.

To nie tylko obrzydliwe i wymiotne, ale też zwyczajnie groźne. Lewicowi i liberalni zamordyści hodują nowych Cybów, z góry rozgrzeszają agresję i nienawiść politycznych bojówek, piorą mózgi młodocianych szturmowców „antyfaszyzmu”, utwierdzając ich w bandyckich skłonnościach i upodobaniach.

A jednocześnie biadolą wniebogłosy, w jakim strachu o życie muszą tu, w tym „reżimie”, żyć.

Trudno mi sobie wyobrazić bardziej obrzydliwe towarzystwo.

367
11

#VideoBlog

zobacz więcej
#AkademiaZdrowegoRozsądku
zobacz więcej

#ZMojejPółki

zobacz więcej