Kawusia po Smoleńsku

W sprawie prosektoryjnych słitfoci pani Kopacz jak zwykle umyka uwadze to, co najważniejsze. Jak należało się spodziewać, reakcje są do urzygu przewidywalne i zgodne z PO-PiSowym schematem napierdalania się moralnym obrzydzeniem. Pisowcy trzęsą się z obrzydzenia, jak Kopacz mogła trzaskać sobie takie fotki przy profanowanych zwłokach ofiar z szerokim uśmiechem i kubeczkiem w ręku (zbyt wysokie mam mniemanie o gościnności Rosjan, by wierzyć, że w kubeczku była kawa). Peowcy nie posiadają się z oburzenia, jaka to straszna, obrzydliwa nagonka na byłą minister i byłą premier, która jest taką dobrą kobietą, i wykazała tyle odwagi, grzebiąc w ludzkich szczątkach, i tyle empatii, pocieszając rodziny.

Co do mnie, to mam nawet dla pani Kopacz pewne współczucie – niezbyt lotna, prowincjonalna lekarka, którą Tusk skrzywdził straszliwie, używając cynicznie do swojej rozgrywki w PO i z tej racji awansując wysoko, wysoko ponad jej zdolność ogarniania. Chciała zapewne dobrze, a że wyszło, jak wyszło? Przy jej potencjale inaczej wyjść nie mogło.

Ale istota sprawy jest gdzie indziej. Nie w tym, jak się pani Kopacz zachowywała w prosektorium, i czy miała tam sobie prawo pozwolić na pogaduszki i słitfocie.

Rzecz w tym, że pani Kopacz w ogóle w prosektorium być nie powinno! Do prosektorium należało wysłać anatomopatologów. A do pocieszania rodzin ofiar – psychologów. Pani Kopacz nie była przecież ani jednym, ani drugim. Pani Kopacz była wtedy ministrem zdrowia, ministrem Rządu RP. I była najwyższym rangą przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej w Rosji w tym tragicznym momencie!

Jej robotą nie było przebieranie się w gumowy fartuch i rękawicę, tylko żądanie od  Rosji umowy, umożliwiającej uczestnictwo – co najmniej uczestnictwo, jeśli nie przejęcie wiodącej roli – w badaniu zwłok przez polskich specjalistów. A także sprowadzenie do Rosji polskich psychologów. No i przede wszystkim, skoro odpowiednich ministrów tam nie było, polskich specjalistów od badania katastrof lotniczych!

Ale co mogła zrobić prosta lekarka, do której idealnie pasowałyby słowa, które w pamiętanym jeszcze przez moje pokolenie czeskim serialu wypowiadał niejaki doktor Sztrosmajer do niejakiej siostry Hunkovej? Nic, i właśnie dlatego Tusk ją tam wysłał. I zostawił tam jak idiotkę, samą, nieogarniętą, nie zapewniając żadnej absolutnie pomocy.

Podobnie, jak zostawił bez jakiejkolwiek pomocy Edmunda Klicha (co doskonale dokumentują ujawnione niedawno nagrania z jego narad). Klich, ponieważ o katastrofach lotniczych miał niejakie pojęcie, miotał się, manipulowany przez Rosjan bez żadnych przeszkód z naszej strony. Kopacz, ponieważ o ich badaniu pojęcia nie miała, uciekła w zajmowanie się jedynym, o czym cokolwiek wiedziała.

Za to, że zrobiła z siebie przy tym idiotkę, ponosi winę nie tyle ona sama, co ten, kto ją tam posłał. Najbardziej żałosna kreatura, jaka rządziła Polską od czasu generała Zajączka, w tym tragicznym momencie zainteresowana tylko jednym: żeby nic się do niego nie przekleiło, żeby na tragedii nie zyskał popularności PiS, żeby nie zaszkodziła ona jego karierze, żeby nie podpaść Putinowi. Od pierwszej chwili zdecydowany oddać całą katastrofę Rosji, w nic się nie mieszać, zadeptać żałobę, opluć ofiary i uciec jak najdalej od kłopotu.

Teraz ten żałosny, typek, nachapany, szczęśliwy, że za swe usługi dostał od frau Kanzlerin całą górę szklanych paciorków, z bezpiecznej odległości wystawia byłej minister i premier świadectwo moralnosci, że jest dobrą, poczciwą kobietą i brzydko jej ten pobyt w Rosji wypominać…

Wszystkie polskie słowa, którymi można tego osobnika określić, uchodzą za wulgarne. Ale nie dlatego ich tu nie używam, tylko dlatego, że wszystkie te ch…, k… i p… wydają mi się mniej obelżywe, niż jego nazwisko: Tusk.

813
15

#VideoBlog

zobacz więcej
#AkademiaZdrowegoRozsądku
zobacz więcej

#ZMojejPółki

zobacz więcej