Miniblog 31.03 10:26

Są takie sytuacje, kiedy demokracja szkodzi. Na przykład – zagłada Słowian Połabskich. W państwie Polan, gdzie Mieszko trzymał wszystkich za mordę, nakazał on po prostu chrzest, i już. W demokratycznych państwach Wieletów czy Obodrzyców przeforsowanie takiej decyzji przez wiec nie było możliwe, choćby z uwagi na wpływy lobby kapłanów. Żyło się tam na pewno znacznie lepiej niż współczesnym Polanom, ale gdyby mieli swojego Mieszka i swój zamordyzm, Berlin do dziś nazywałby się Kopanicą.

Dziś to samo dzieje się z covidem. Nowa odmiana grypy, znacznie mniej groźna od osławionej Hiszpanki, a nieznacznie tylko bardziej od grypy „ptasiej” czy „świńskiej”, których baliśmy się parę lat temu, sparaliżowała zachodnią cywilizację i doprowadziła do katastrofy, której skutki większość dopiero zacznie sobie uświadamiać. Wielu widzi w tym spisek światowych magnatów, którzy dzięki tej katastrofie wyrastają na neofeudalnych władców świata (naszej części świata, oczywiście). Być może on istnieje, ale mechanizm katastrofy jest podobny, jak w wypadku zagłady Połabian.

Generalnie: są dwa sposoby obcinania ogona. Normalnie, jednym bolesnym cięciem, albo po plasterku. Dyktator nakaże ciąć, a bóle poddanych uzna za cenę, którą jest w stanie zapłacić. Demokratyczna większość zawsze wybierze plasterki, bo głupio wierzy, że stanie się „coś”, co sprawi, że na jednym plasterku się skończy. Dlatego tzw. liberalna demokracja wymusiła na demokratycznych władzach lokdałny. On samego początku było oczywiste, że jedynym ich sensem jest spowolnienie rozwoju epidemii. W momencie zaś, gdy koronawirus upowszechnił się na tyle, że niemożliwe stało się izolowanie ognisk zapalnych, lokdałny w ogóle sens straciły i wszystkie szkody, które przez nie ponosimy, nie mają żadnego uzasadnienia. Argument, że dzięki zamknięciu doczekamy w zdrowiu „wyszczepienia” jest wtórną racjonalizacją histerii. Po pierwsze, lokdałn jest tylko po to, by przynieść masom ulgę w strachu, jak średniowieczne procesje biczowników czy palenie czarownic. Transmisji wirusa nie zatrzymuje, kto ma zachorować, zachoruje, co najwyżej nieco później. A szczepionki przy wirusie opartym na RNA nigdy nie nadążą za jego mutacjami.

Więc po wała te lokdałny? Bo wyborcy żądają, aby władza „coś robiła”. Jeśli władza nie poda się ich histerii, to ją odwołają – jak Trumpa.  Boris Johnson, a ostatnio także rządzący Szwecją, którzy próbowali działać zdroworozsądkowo, uświadomili to sobie po pewnym czasie i poddali się owczemu pędowi.

W obrębie naszej cywilizacji istnieją pewne enklawy, które służyć mogą jako model. Np. społeczność amerykańskich Amiszów, która restrykcje olała, ufając Bogu, już ma, wedle nowych informacji, „stadną odporność”. Przypuszczam, że podobny efekt dałoby zbadanie żyjących na Zachodzie Chasydów. Uzyskały też odporność, albo są bliskie jej uzyskania, kraje spoza kręgu zachodniego – azjatyckie, afrykańskie, Turcja, Iran…

Jedyna nadzieja, że, jak mówił Mochnacki „Polska to taki kraj, w którym nic nie dzieje się do końca”. Także restrykcje lokdałnowe są u nas w większym niż na Zachodzie stopniu picem i grą pozorów. Po roku wszyscy już wiemy, do kogo zadzwonić i na kogo się powołać, aby cichcem załatwić sprawę u zamkniętego fryzjera czy kosmetyczki albo zjeść z przyjaciółmi w zamkniętej restauracji. Lata omijania zarządzeń kolejnych okupantów procentują. I dzięki temu ból, jaki pomnożyliśmy sobie obcinając ogon po plasterku, i szkody, i tak będą mniejsze niż u naszych kolonizatorów z Zachodu. A ubocznym skutkiem katastrofy służby zdrowia jest znaczne podpreperowanie na przyszłość finansów ZUS, czego oczywiście żaden polityk (może poza Korwinem, jeśli uważać go za polityka) nie ośmieli się na głos powiedzieć, ale na czym przyszłe rządy znacznie skorzystają.

12
0

#VideoBlog

zobacz więcej
#AkademiaZdrowegoRozsądku
zobacz więcej

#ZMojejPółki

zobacz więcej