Przeczytaj to jeszcze RAZ

Poniższy felieton ukazał się w sobotnio-niedzielnym dodatku do „Rzeczpospolitej” Plus-Minus, w numerze z 18.07.2009, w cyklu „Tabula RAZ-a”, poświęconym rozmaitym historycznym ciekawostkom. Przypominam go, zgodnie z obietnicą, bo traktuje o tym, że nadużywanie emocjonalnej propagandy może się obrócić przeciwko nadużywającym.

Lekcja Miasojedowa

Na pokazowym posiedzeniu 22 lipca 1941 Kolegium Wojskowego Sądu Najwyższego ZSSR wydało wyrok śmierci na byłych dowódców Frontu Zachodniego. Czy raczej − byłego Frontu Zachodniego, bo potężne zgrupowanie uderzeniowe Armii Czerwonej na Białorusi i tzw. występie białostockim, samo w pojedynkę silniejsze niż cała rzucona na Sowiety armia Hitlera, zostało w ciągu pierwszych dwóch tygodni wojny całkowicie rozgromione. Szok. No i prikaz, by szybko znaleźć i przykładnie ukarać winnych.

Pewnie nie trzeba wyjaśniać, że ani generał Pawłow, ani jego sztab, w obliczu zupełnie niespodziewanego ataku przeciwnika, na którego za dwa tygodnie sami szykowali się z zaskoczenia napaść, nie okazali nieudolności większej od krasnoarmijnej średniej. Rozstrzelany wraz z nimi generał Korobkow wręcz błysnął uzdolnieniami i  bohaterstwem, wyprowadzając swą armię z okrążenia − na własną zgubę, bo przez to, w przeciwieństwie pozostałych dowódców armii, był w chwili wybuchu gniewu Stalina pod ręką. Można by rzec: ot, jeden z licznych stalinowskich mordów sądowych.

Ale tu jest coś ciekawego: sowiecki sąd, jak nigdy, ostatecznie nie skorzystał z zeznań podsądnych, którzy podczas krótkiego śledztwa przyznali się do długotrwałego spiskowania z Hitlerem i sabotażu w celu spowodowania klęski. Bo był już opisany w aktach oskarżenia ogromny spisek, na wzór tego, który sprokurowano na użytek „Wielkiej Czystki”. Tuż przed rozprawą jednak wszystko to z protokołów zniknęło: ostatecznie Pawłowa i innych rozstrzelano tylko za „nieudolność i tchórzostwo”. Ciężka praca śledczych, wydobywających z generałów odpowiednie zeznania, poszła na marne.

Nie jest zagadką, kto w ostatniej chwili zmienił gotowy już wyrok (do odczytania przed frontem wszystkich pododdziałów RKKA) usuwając z niego wszystkie wymysły o spisku. Zagadką jest, dlaczego towarzysz Stalin to zrobił.

Znajduję tylko jedno wyjaśnienie: Stalin przypomniał sobie sprawę pułkownika Miasojedowa. Losy owego „rosyjskiego Dreyfusa” są mało znane, choć opisał je sam Józef Mackiewicz, przypomnę więc krótko: Miasojedow był kozłem ofiarnym, na którego zrzucono winę za klęski armii rosyjskiej w roku 1915. Osądzony wedle doraźnej procedury, skazany bez żadnych dowodów winy i natychmiast rozstrzelany, a potem ogłoszony symbolem narodowej zdrady, miał, tak jak i Pawłow, zdjąć odpowiedzialność za klęskę z rzeczywistych winowajców.

W istocie Miasojedow stał się kamykiem poruszającym lawinę. Mackiewicz, skupiony na splocie przypadków, który zawiódł Miasojedowa „pad stienku”, niewiele o tym pisze, ale warto sięgnąć po przełożoną kilka lat temu na polski pracę Williama C. Fullera. Rozstrzelanie Miasojedowa, zamiast społeczeństwo uspokoić, wprawiło je w narastającą paranoję. Wielki Zdrajca był wszak protegowanym ministra wojny Suchomlinowa − szybko i on stał się obiektem podejrzeń, a potem śledztwa. Ale Suchomlinow był protegowanym samego cara. Społeczeństwo nabrało przekonania, że łańcuch zdrady sięga ku samym szczytom władzy, że zdrajcy są wszędzie. Pośpiech w rozstrzelaniu szpiega, który w zamierzeniu miał pokazać sprawność i determinację władzy, uznano za celowe zamknięcie mu ust, by nie mógł podać nazwisk swych potężnych mocodawców; po kraju krążyły coraz bardziej przerażające pogłoski o spenetrowaniu dworu, sztabu generalnego i rządu przez wszechogarniający spisek szpiegów, na czele którego widziano carycę (przecież Niemkę) i Rasputina. 

Fuller twierdzi, że bez nadęcia przez carską propagandę do absurdalnych rozmiarów „win” Miasojedowa ta spiskowa paranoja by nie wybuchła. A z kolei bez owej paranoi, całkowicie niszczącej zaufanie mas do cara i jego rządu, nie wybuchłaby rewolucja, która umościła drogę do władzy najbardziej zbrodniczemu reżimowi w dziejach.

Ma rację.

Wyobrażam to sobie, jak Stalin przebiega wzrokiem przysłany mu wyrok, i któreś ze sformułowań potrąca nagle jakąś strunę w jego pamięci. I „kaukaski ludojad” zastyga w zamyśleniu – jeśli my to wszystko zaraz ogłosimy, to jak to wpłynie na masy? Jeśli tylu wysokich oficerów RKKA latami spiskowało z Hitlerem, przygotowując wspólnie taką klęskę, bezkarnie − to ktoś ich musiał kryć? To znaczy, wydając taki wyrok, kierownictwo samo przyzna, że okazało się co najmniej bezradne wobec gigantycznego spisku, a więc, kto wie, że może też jest spenetrowane przez zdrajców? Tak, jak przyznał to carat, na swoją zgubę, skazując Miasojedowa i coraz to kolejnych jego domniemanych wspólników. Zaczną się, jak wtedy, domysły, plotki, który jeszcze, kolejne oskarżenia, podejrzenia będą padać na coraz wyżej usytuowanych przywódców…

I Stalin chwyta za pióro. I skreśla ze złością całe akapity. Nie będzie spisku z Hitlerem. Nie będzie też następnych, po grupie Pawłowa, procesów, choć śledcza maszyneria jest już  rozgrzana, następni kandydaci do rozwałki, jak zameldowano, są już wytypowani, ba, niektórzy nawet już się przyznali. Tylko „tchórzostwo i nieudolność”, rozwałka, i koniec.

Rzadko, bo rzadko, ale jednak czasem ludzie czegoś się z historii uczą.

4
0

#VideoBlog

zobacz więcej
#AkademiaZdrowegoRozsądku
zobacz więcej

#ZMojejPółki

zobacz więcej